niedziela, 5 marca 2017

Astryda - konstrukcja masochistycznie kombinowana

Lubię sobie czasami dzierganie skomplikować, utrudnić, postawiać samej sobie karkołomne dziewiarskie wyzwania. Dzisiaj pochwalę się Wam moim ostatnim udziergiem, który nie dość że jest ze 100% wełny jagnięcej merino, więc tworzyłam go w rękawiczkach, to dodatkowo ma konstrukcje wybitnie kombinowaną, co było przyczyną kilkukrotnego prucia góry i zrobieniem, zupełnie dla mnie nietypowo, mega dużej próbki czy też raczej wersji roboczej 1/3 swetra - z akrylu :)





A teraz będzie opis przygód towarzyszących powstawaniu tej bluzki/swetra :D
Zaczęło się wszystko od włóczki Mirella z Włóczek Warmii w kolorze o nazwie "morskie oko". Kupiłam ją z pełną świadomością, że sobie wyrobu z niej na 99,9% nie ponoszę, a dzierganie też będzie spowolnione, ale ten kolor wzburzonego morza w pochmurny dzień (zdjęcia dobrze tego nie oddają) mnie przekonał.
Motki dotarły w grudniu tuż przed świętami w formie precelkowej wymagającej przerobienia na kłębki, i tu były pierwsze schody, jak zwijać wełnę w rękawiczkach? Walczyłam z nimi dwa dni, myśląc o swojej własnej inteligencji nie najlepiej, skoro się na coś takiego porwałam. Plątało się toto niesamowicie i cóż mechaciło czy też raczej obłaziło, wywołując co chwila wzdychanie "a po co mi to było, tyle jest fajnego akrylu to mi się w szaleństwie niezrozumiałym zachciało wełny". Przewinęłam, odłożyłam do pudła i musiało się odleżeć. Później była książka, a właściwie dwie: "Harda" i "Królowa" Elżbiety Cherezińskiej (bardzo polecam) i już wiedziałam - cokolwiek wydziergam z "morskiego oka" będzie się nazywać Astryda, słona siostra, wolińska pani, wypływająca łodzią na wzburzony Bałtyk. Zaczęła powoli kiełkować koncepcja wzoru, żeby było falowanie, wodorosty coś związanego z kolorem i forma pod samą szyję ale z jakimś odcięciem gorsetowym (kobiety w średniowieczu kojarzą mi się jako raczej szczelnie opatulone w zwoje tkaniny i futra). Powstało kilka rysunków ale nic do mnie nie przemawiało, wtedy natknęłam się na to zdjęcie uznałam - świetne rękawy, a sam motyw na nich prosty i efektowny, gdyby tak troszkę nad nim popracować, można budować w oparciu o to cały projekt. W samym wzorze ozdobnym zmieniłam tylko to, że zamiast narzutów (nie chciałam ażuru) są oczka wkuwane w oczko z rzędu poniżej z odpowiedniej strony.
Reszta procesu koncepcyjnego była już względnie prosta, pozostawała tylko kwestia konstrukcji rękawów, wiedziałam, że na pewno nie chce reglanu tylko "moją" wersję metody na C (opisaną w poście o różyczce) z tworzeniem paska ramion jednym ciągiem rzędami skróconymi. Jednak po zrobieniu wersji pierwszej i przymierzeniu, na sekund dosłownie pięć, okazało się że ramiona się nie układają. Powód był prosty, gdy rzędy skrócone powstają na jednym czy dwóch oczkach tworzy się pas imitujący szew i wszystko ładnie "spływa z ramion", tutaj "szew" był z 20 oczek motywu, który dodatkowo lekko się marszczył, odstawało toto niczym zbroja, pomimo miękkości surowca. A po doświadczeniach z plecionym kardiganem zdecydowanie nie chciałam stosować klastycznej metody contiguous i związanych z nią opadających bardzo ramion. Musiałam więc wypośrodkować nachylenie na takie mieszczące się gdzieś między poziomą górą w wersji "mojego C" i taką pod kątem 45 stopniami wersji Susie Myers. I tak zaczęła się zabawa w prucie. Po drugim zaczęłam mieć obawy o nitkę z merinoska, jakoś na wyglądzie tracić zaczęła i mechacić się miejscami niepokojąco, więc stwierdziłam niech sobie odpocznie jagniątko, a ja się pobawię w destrukcje na moim ulubionym materiale czyli na akrylu ;)
Bawiłam z osiem czy dziesięć razy, bo wyliczenia na papierze to jedno a to co schodzi z drutów drugie. W międzyczasie wymyśliło mi się jeszcze leciutkie zaokrąglenie ramion na łączeniu z rękawem (widać na foto), a wersja próbna z akrylu była mniej rozciągliwa i wymagała grubszych drutów mimo identycznego metrażu co włóczki co ta wełniana. Jednakże już było w miarę łatwo, koncepcja całej góry się skrystalizowała, podział na rękawy lewymi a korpus prawymi wyklarował, wizja nareszcie przełożyła na druty tak jak chciałam, powstała niemal 1/3 swetra (którą całkiem niepotrzebnie, impulsywnie i bezmyślnie sprułam! a miała bym swoją użytkową Astrydę to nic że rudą), można było wrócić do włóczki docelowej ;)





I wtedy, gdy już miałam górę i część jednego z rękawów zrobione (dziergam rękawy zanim skończę korpus, w ten sposób powstają one szybciej i nie są za krótkie z powodu braków materiałowych), Intensywnie Kreatywna pokazała ten sweter! Najpierw mnie zatkało, że jak to, ja sobie coś wymyślam, kombinuję, pruje, wyliczam i przeliczam, kąty obliczam, a ktoś już coś podobnego stworzył i opatentował. Zmusiłam się do przeczytania opisu i uff na szczęście technicznie jest to jednak inaczej zrobione, tam jest cieńcie nitki i nabieranie oczek na brzegu, a u mnie nie! Ulżyło mi. Mogłam dokończyć swój wyrób bez uczucia że to już było i to lepsze, bardziej dizajnerskie. (Jak ktoś znajdzie gdzieś coś podobnego, co jednak już było, to proszę mnie nie informować żebym w depresję minutową nie popadła).
Po tych wszystkich perypetiach poszło z górki, chociaż przemknęła mi jeszcze myśl o pruciu, gdy rękawy były gotowe, nagle przestał mi się tył podobać, stwierdziłam że niepotrzebnie pociągnęłam ten motyw na kręgosłupie (miało to na celu ukrycie miejsca miksowania motków w okrążeniach na lewych oczkach, na prawych jest mniej widoczne) ponieważ bez tego miałabym dzięki teksturze oczek efekt bolerka założonego na gorset. Po przespaniu się z tym impulsem destrukcji zostawiłam jednak jak było, powiedzmy że to "widmowe bolerko zapinane na plecach".
Skończyłam całość, znów musiała się odleżeć, nie miałam gdzie swetra wysuszyć/zablokować. Po moczeniu okazało się, że (co za niespodzianka, tym bardziej że próbki z jagniątka naturalnie nie robiłam) rękawy są zdecydowanie za długie, całość też mi się wydała dziwnie duża, na szczęście po wyschnięciu wróciła do docelowego rozmiaru. Mankiety jednak zostały sprute i skrócone o dwa powtórzenia motywu (żeby coś poza czubkami paznokci było widać). I można było zrobić szybkie zdjęcia na ludziu, nie plenerowe - nie wytrzymałabym w owcy bez widocznych efektów ubocznych dłużej niż 5 minut, a i tak mnie Mirella z jagniątka pogryzła zanim uczulić zdążyła, mimo że na koszulkę założona, i że taka milusia się wydawała.
Dlatego oświadczam z całym przekonaniem, mimo niekwestionowanej cudowności kolorystycznej, ze względu na zmianę wymiarów po moczeniu, obłażenie kłaczkami, mechacenie przy pruciu, "zapach" na mokro, pranie "szczególnej troski", długie schnięcie wymagające dużo powierzchni płaskiej oraz kilku ręczników, i gryzienie przy noszeniu (że o alergii litościwie nie wspomnę) wszelkiej naturalnej wełnie w włóczkach mówię stanowcze NIE! Niech ja sobie owieczki na grzbietach zachowają, i niech im ciepło będzie, i będą szczęśliwe w swej wełnistości. Ja uwielbiam akryl i się tego nie wstydzę, możecie mnie spalić na stosie z bambusowych drutów niemarkowych (które też darzę głęboką sympatią) za dziewiarską herezję a zdania nie zmienię ;P Mogę być eko na co dzień, ale taki kontakt z naturą mnie irytuje i nie wart jest czerpania z pokładów mojej ograniczonej cierpliwości i zasobów finansowych.

A teraz technicznie: o włóczce już pisałam dodam jeszcze że ma 400m w 100g, zużyłam około 230g, druty 3.5., rozmiar 38 po kontakcie z wodą.
Konstrukcyjnie: zaczynałam od góry, od nabrania 88 oczek i przerobieniu ich poziomymi łańcuszkami dwa razy zanim przeszłam do wzoru. Każdy motyw to 20 oczek i 12 rzędów poza motywem z przodu który celowo poszerzyłam do 22 oczek. Podział po zrobieniu pierwszego powtórzenia motywu wyglądał 11-20-26-20-11. Na ramiona zostało dodanych po 24 oczka, rzędy skrócone były robione dookoła motywu na ramionach i dookoła powtórzenia całej sekwencji na około w 12 jej rzędzie (3 razy), dookoła dwóch rzędów sekwencji, i do jej końca już na około co drugie okrążenie, aż na drutach było 35-20-74-20-35.
Na rękawy dodawałam lewe oczka (30) po wewnętrznej stronie markera (jako oczka wkute w oczko z poprzedniego okrążenia) aż było ich w sumie 50. Na Pokroje dodałam po 8 oczek, na rękawach zredukowane od razu do 6, na korpusie w klinach do 4. Rękawy są proste, poszerzone na dole mają 60 oczek, tak żeby się zmieściły całe 3 motywy, powtórzone dwa razy, nieco tylko zmienionego podstawowego wzoru, który ciągnie się przez cała długość od ramienia  i rękawa.
Korpus taliowany do 140 oczek, i poszerzany na dole do 160 znów żeby się 8 sekwencji wzoru, powtórzonych dwa razy zmieściło i dało delikatny efekt falowania. Wykończenia dołu i mankietów robione ponownie dwoma okrążeniami poziomych łańcuszków na oczkach przed ich zamknięciem.
Poza tym na przodzie i tyle jest dodawanie oczek wkutych i przerabianie dwóch razem, po skończeniu motywu z przodu, tak aby uzyskać zmianą faktury oczek efekt bolerka/gorsetu. Z tyłu motyw zmniejszony do szerokości 8 oczek ciągnie się przez całą cześć robioną lewymi oczkami. Jak ktoś się przyjrzy, na samej górze z tyłu jest dziura/łezka zostawiona specjalnie, ponieważ robótkę w okrąg połączyłam dopiero po skoczeniu sekwencji rzędów skróconych kształtujących ramiona, tak mi było wygodniej.

Tyle odnośnie mocno kombinowanej Asytydy. Prawdopodobnie zrobię dla siebie taką z akrylu jak tylko znajdę jakiś w "mówiącym do mnie" kolorze, może konstrukcja będzie z innym motywem na ramionach ale rozwiązania te same, wtedy też spróbuję rozpisać wzór. Chwilowo potrzebuję odpoczynku od drutów i naładowania akumulatorów, gdyż znów mój nadgarstek zaczyna dawać się we znaki i czuję się kreatywnie wydrenowana przez ten wymagający acz ostatecznie satysfakcjonujący projekt.

Pozdrawiam już niemal wiosennie, tęskniąc za wzburzonymi falami i zapachem słonego wiatru od morza ;)


14 komentarzy:

  1. Mirella piękna! Mnie merynos akuratnie nie szkodzi (co mnie wielce cieszy, bo wiadomo, jedna opcja wełniana jest lepsza niż żadna ;-)) ale w życiu by tak człowiek nie kombinował, zatem SZACUN! :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Wełen wszelakich mam dość na dłużej (do następnego olśnienia kolorem i impulsywnego zakupu bezsensownego).
      Lubię sobie czasem coś powymyślać a później pomęczyć nad realizacją, tylko muszę pamiętać żeby wybierać do tego inne tworzywo bo inaczej nie ponoszę własnych wymysłów ;)

      Usuń
  2. No! To pojechałaś po bandzie;)
    Sweterek wyszedł Ci śliczny, ale zaszalałaś na maksia;)
    Jestem pod wrażeniem:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Trzeba gdzieś te własne szaleństwa rozładowywać czasami ;)

      Usuń
  3. Jeny, ale mnóstwo pracy i poświęcenia włożyłaś w ten sweter! Ale zdecydowanie warto było, bo powstało istne cudeńko :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, mam nadzieję że docelowa nosicielka pomyśli to samo ;) Lubię "twórcze wyzwania" a co do poświęcenia to wiedziałam co robię kupując wełnę, chociaż zawsze jest ten ułamek nadziei że może jednak tym razem mnie nie pogryzie i nie uczuli skoro wszyscy piszą że to takie miękki i milusie...

      Usuń
  4. Ja widzę atuty akrylu, barwy intensywne, przystępna cena, dostępność (Inter-fox mam pod bokiem). Poprostu lubię akryl i nie zawacham się go używać ;)) a twój projekt jest super. Podziwiam zdolności. I lubię cię czytać. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo, zawsze mam pewne obawy pisząc, że teksty są stanowczo za długie i nikt ich nie czyta tylko te kiepskie zdjęcia naścienne są oglądane ;)
      I ulżyło mi, cieszę się niezmiernie, że są dziewiarki lubiące akryl, bo gdzie nie zajrzę na blogi tam gloryfikacja wełny, której zupełnie nie rozumiem. Przecież jeśli projekt ma przemyślaną konstrukcję, dostosowaną do indywidualnej sylwetki, to i bez cudowania z blokowaniem dobrze leży a i dzisiejsze akryle to nie to co te sprzed 30 lat :)

      Usuń
  5. Szalenie mi się podoba! I pełna podziwu jestem, że tak zaszalałaś konstrukcyjnie :) Zdecydowanie sweterek wart męki twórczej! I chyba zrobisz taki dla siebie? Wełnę bardzo lubię, ale i akrylu nie unikam. Jak najbardziej można dostać taki nieskrzypiący, a wybór rzeczywiście jest duży :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki raz jeszcze :) Jakoś mam od początku tego roku "fazę" na zabawy z konstrukcją swetrów, wczoraj np. coś kombinowanego od boku rozrysowywałam w ramach detoksu od drutów...
      Wersję dla siebie zrobię tylko musi mnie najpierw "włóczka trafić kolorem", tym bardziej że coraz bardziej przemawia do mnie pomysł by spróbować zrobić astrydę częściowo na płasko w dwóch kolorach zamiast oczek prawe lewe, z haftkami czy zatrzaskami na plecach.
      A co do akrylu, noszę go od dziecka i nigdy mi nie skrzypiał ;) Dla mnie, poza ceną, ma on tą przewagę nad włóczkami naturalnymi że jak już coś zrobię to w 90% nie zmienia toto wymiarów i koloru niezależnie od sposobu prania i suszenia ;)

      Usuń
    2. Z haftkami na plecach to bardzo fajnie brzmi :) Wobec tego czekam na nową odsłonę. A akryle kiedyś naprawdę skrzypiały ;)

      Usuń
    3. Haftki będą elementem dekoracyjnym tej bolerkowwj góry, jesli to będzie wersja dwukolorowa, tak to sobie wymyślam na teraz, ale zanim zabiorę się do robienia ponownie tego wzoru może mi się pozmieniać na np. maleńkie perłowe guziczki, jak "ustrzeli" mnie włóczka resztę się dopasuje.
      Byłam pełnym energii dzieckiem w latach 80 i skrzypienia swetrów dzierganych przez moją mamę nie słyszałam, nawet gdy się na mnie darły przy łazeniu po drzewach i płotach :D

      Usuń
  6. Ciekawa konstrukcja:) I uwielbiam nosić gryzącą wełnę:) A kolor na następne sweter? Może rudy kasztan?:) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, na przetestowaniu tej konstrukcji najbardziej mi zależało, bo co innego coś wymyślić i rozrysować a co innego sprawić żeby dobrze się układało w gotowym wyrobie i fajnie leżało na sylwetce :) Następnego koloru jeszcze nie wybrałam, musi być ten błysk żeby kolor i motyw ażurowy czy plecionkowy fajnie ze sobą współgrały, wtedy będzie się chciało samo dziergać ;)

      Usuń