piątek, 28 kwietnia 2017

Domowy sweterek otulajacy

Za oknem szaro, mokro i zimno, gdyby nie jasnozielone listki na drzewach i krótsze wieczory można by pomyśleć że to listopad. Zamiast więc dziergać letnie topy i cieniutkie ażurowe sweterki lniano-bawełniane wyprodukowałam niespiesznie duży, wygodny, czarny niezapinany kardigan, którym można się swobodnie otulić i ogrzać  nieco.



Konstrukcja chyba najprostsza w tego typu swetrach i pozwalająca bezproblemowo dopasować rozmiar, a przy tym niewymagająca wyliczeń, próbek itp. zabaw intelektualnych ;) 
Zaczynałam mój sweter od szalika z 18 oczek robionego ściągaczem podwójnym z tzw. prowizorycznego łańcuszka (szalik może być dowolnej szerokości i faktury, ważne żeby wybrany wzór robił się w tak sam sposób w obu kierunkach i najlepiej był dwustronny, czyli sprawdzają się wszelkie wariacje prawych i lewych oczek ale także niektóre warkocze i ażury) i po zrobieniu pasa obejmującego kark o długości od obojczyka do obojczyka włożyłam marker po 17 oczku, markery dwa po oczku 18 po czym nabrałam oczka wzdłuż bocznej krawędzi wetknęłam kolejne 2 markery, przełożyłam oczka początkowe na drut, dodając jeszcze jeden marker po pierwszym z nich i prując prowizoryczny łańcuszek. I od tego miejsca mając na drutach podział 17-1-24-1-17 robiłam reglan. Przy plisie szalikowej dodawałam oczka co cztery rzędy (zaczynając od rzędu trzeciego) a tam gdzie były markery podwójne tak jak w zwykłym reglanie co rzędy dwa, wszystkie jako oczka wkute w oczka rzędu poprzedniego. Gdy doszłam do podziału 17+27-38-58-38-27+17 uznałam że wystarczy tego reglanu, dodałam po 6 oczek na podkroje rękawów i oddzieliłam korpus przestając dodawać oczka przy plisie bocznej. Rękawy są zwężane co 20 okrążeń do 36 oczek na dole. Oczka dodane na korpusie pod pachą są zamknięte w kliny co 2-4-6 rzędów, odejmowałam oczka jeszcze dwa razy (po 8 i 10 rzędach) a później ponownie dodawałam po bokach i na środku tyłu (po 12 rzędach co 6 rząd) by poszerzyć całość na dole do 170 oczek. Żeby nie było tak nudno dodałam kieszenie robione w części tylnej jednocześnie z całością na drugim komplecie drutów szerokie na 17 oczek i głębokie na 24 rzędy i patkę z tyłu. Kieszenie są zaczęte z przodu od krótkiego szaliczka szerokiego na 10 oczek (zresztą ta patka z tyłu to także taki szaliczek długi na 40 rzędów) i długiego na 35 rzędów. Oczka które zostały przełożone na drugi drut w celu robienia tyłu kieszeni są zastępowane z przodu przez oczka boczne tego mini szaliczka (oznaczone markerami z obu stron) i dziergane wraz z całością korpusu. W co drugim rzędzie oczka całości swetra i oczka tylnej części kieszeni są przerabiane jako dwa razem w po osiągnięciu długości głębokości kieszeni kolejno jako dwa razem. Boki szaliczka przy-kieszeniowego są doszyte do korpusu natomiast patka z tyłu jest wrobiona. 
Co do wykończenia dołu całego swetra jak i rękawów to pierwotnie miał być zwykły ściągacz, ale rękawy wyszły, moim zdaniem, przykrótkie (robiłam je zanim zrobiłam korpus z jego kieszeniami), więc sprułam ich ściągacze, a że w głowie już mi się krystalizował pomysł na kieszenie, postanowiłam i mankiety i całość wykończyć ściągaczem 2x2 w poziomie, tworząc obramowanie. Na rękawach dodałam 17 oczek i przerabiałam je w rzędach ściągaczem ostatnie 17 oczko w co drugim z nich przerabiając jako dwa razem z oczkiem znajdującym się na obwodzie. Po zrobieniu całego obwodu początek i koniec mankietu zszyłam. Dół natomiast robiłam po połowach z zastosowaniem rzędów skróconych aby uzyskać ładne przejścia ściągacza na rogach z przodu, zszyłam całość na środku tyłu. Przy tym rodzaju włóczki którego użyłam i przy czarnym kolorze jest to niewidoczne mimo że nie bawiłam się w grafting ;) Musicie mi uwierzyć na słowo, ponieważ przy tej pogodzie, mimo starań, nie znalazłam sposobu by zrobić zdjęcia na których byłoby widać szczegóły.






Metyczka: pomysł mój, włóczka czarne boucle typu Capri na szpuli zużycie jakieś 430-450g nie mam wagi oceniam na oko po tym co mi na szpuli zostało, rozmiar chyba 40 w każdym razie na mnie celowo przyduży jak widać ;) druty 5 na korpus 4.5 na rękawy (w okrążeniach robię luźniej niż na płasko).

I to wszystko na dziś, pozdrawiam cieplutko słońca życząc ;)




środa, 12 kwietnia 2017

Herbatka z miłorząbiu

... czyli bawełniana bluzeczka na lato w kształcie litery T  z ażurowym motywem kojarzącym się kształtem z liśćmi ginko biloba (dobrymi na pamięć i koncentrację) ;)


Kolejny raz kupiłam włóczkę ze względu na kolor, chociaż w rzeczywistości okazał się nieco inny niż na monitorze. To coś pomiędzy szmaragdem a petrolem lecz bliżej ciemno turkusowej zieleni, w każdym razie nasunął mi morskie skojarzenia, a skoro morze to i fale, zaczęłam więc szukać ażuru, który mi będzie się z tym kolorem komponował. Trafiłam na ten wzór i chociaż to liście a nie fale, uznałam, że to jest to czego szukałam. Nie była bym jednak sobą gdybym go nieco nie przerobiła, dodając lustrzane odbicie, wywalając lewe oczka a w zamian wstawiając siatkę między panelami liści. Kombinowałam z formą,  i z reglanem, i z C metod ale wciąż wychodziło nie tak jak chciałam. Postanowiłam zatem, że góra bluzki będzie dziergana na płasko a wtedy dodane przeze mnie siatkowe oczka między motywami listków ażuru będą układać się faliście. I choć miałam dość dziergania szalików to jednak zdecydowałam się zaadaptować pokazywaną ostatnio konstrukcję do stworzenia częściowo ażurowej letniej bluzeczki (temperatury przez kilka pierwszych dni kwietnia pozwalały przepuszczać że się może przydać niebawem lecz gdy ją kończyłam planując zdjęcia między krzakami kwitnących forsycji nagle, złośliwie, obniżyła się o kilkanaście stopni a na dodatek zaczęło wiać i padać).
Bluzeczka jest robiona od szalika z dziurą w środku, tym razem krótkiego i ażurowego. Części po obu stronach pęknięcia są swoimi lustrzanymi odbiciami. Szerokość szaliczka to 56 oczek, długość prawie 7 powtórzeń motywu, w tym długość części robionej łącznie to jedno powtórzenie wzoru z każdej strony czyli 24 rzędy. Całość to niedokładne powtórzenie ilości motywów z tego prostego powodu, że ząbki na brzegach nie wychodziły przy pełnym powtórzeniu symetrycznie na obu rękawkach i trzeba było to dopasować. Góra tym razem nie jest wykończana i-cordową plecionką. Nabrałam oczka na falistej krawędzi szalika i je zamknęłam na trzech wypustkach od każdego z brzegów tworząc maleńkie pętelki z łańcuszka trzech oczek, po drugiej stronie zrobiłam tak samo z tym że pętelki zostały przez siebie przełożone i wtedy okazało się że głowa to mi się nie zmieści, a co więcej nawet gdybym przypadkiem głowy nie posiadała to i z przeciśnięciem szyi mógłby być problem i musiałabym ją poważnie odchudzić ;) Dlatego też  łańcuszki z oczek przy środkowych łączeniach zostały wydłużony z 3 do 25 oczek co dobrze zrobiło całości, przód nieco obniżył się w stosunku do tyłu, a dekolt już nie poddusza.
Korpus został dorobiony do dziury, na okrągło. Po bokach postanowiłam dodać ażurowe panele z lustrzanych obić wzoru ponieważ obawiałam się że mi włóczki zabraknie a jak wiadomo wszelkie dziury sprzyjają zwiększeniu wydajności materiału ;) Długość korpusu to 3,5 powtórzenia motywu plus wykończenie, na więcej nie starczyło włóczki, na szczęście w trakcie suszenia "w zwisie" się wyciągnęło. Całość jest lekko taliowana od 124 oczek nabranych na krawędziach do 116 a następnie poszerzana przy ażurowych bokach do 140 oczek na dole, przez co boki są nieznacznie dłuższe. Zakończone robione moimi ulubionymi poziomymi łańcuszkami i półłańcuszkami razy trzy.






Pomysł mój, druty 4, włóczka YarnArt Jeans, kolor 63, zużycie 3 motki czyli 150g.

Pozdrawiam serdecznie przed świątecznie ;)
Życzę spokojnego i radosnego czasu świątecznego :)


ps. gdyby ktoś chciał sobie stół czy koszyczek ozdobić to znalazłam przepis na ręcznie robionego króliczka uroczego

wtorek, 28 marca 2017

Nie całkiem czarny, nie do końca bokiem, nie zupełnie szyty

Taki oto opalizujący (dzięki użyciu dwóch różnorakich tęczowych włóczek) i dość kombinacyjny w prostocie swej konstrukcji, sweterek wiosenny wydziergałam powoli przez cały marzec :)




Jak widać na powyższych fotkach (to pierwsze tyłem najbardziej ze wszystkich zrobionych w lesie mi się podoba, nie mam głupiej miny, i najlepiej obrazuje faktyczne kolory) postanowiłam chwilowo zmienić tło na którym prezentuje swoje udziergi (żeby nie było, że z domu nie wychodzę) i nie pozbawiać się tym razem głowy a tylko stopy przypadkowo obcięłam ;) Ale ściana też będzie.

Co do samego sweterka/bluzeczki to nie wiem czy to przez wietrzną i zmienną pogodę czy przesilenie wiosenne, czy też kolejny rok na karku, ale wybitnie wolno mi się tym razem produkowało te oczka i kilkakrotnie robótka lądowała na leżakowaniu w pudle wywołując u mnie tzw. niechcemisia (stąd też cisza na blogu). Zresztą, już miałam toto pruć ogarnięta przez totalne zniechęcenie i nie walczyć z materią, gdy niespodziewanie mój tato, który zwykle widząc mnie z drutami mówi coś w stylu "a Ty znowu sobie drutujesz" tym razem stwierdził "o jakie ładne, jak skończysz zrób mi taki szalik" co było na tyle zaskakującym komplementem, że jednak postanowiłam dokończyć co zaczęłam pokonując własny marazm. I w efekcie jestem bardzo zadowolona z tego udziergu, który idealnie wpasował się w słoneczną pogodę końcówki marca.

Konstrukcyjnie znów się pobawiłam. Całość jest robiona na płasko i bezszwowo ;) 
Najpierw powstał "długaśny szalik", z dziurą i delikatnym podkrojem dekoltu na zewnętrznych krawędziach (o 2 i 6 oczek), robiony pieguskową mozaiką. I to ten "szalik" tak mi się dłużył, i tak na mnie depresyjnie wpływał, mimo swojej opalizującej tęczowatości. Niby tylko 61 oczek ale za to aż 614 rzędów! I to trzema nitkami! 
Do dziury w szaliku (rękawy miały być z założenia "zszywane" od góry) dorobiłam szybko, nabierając oczka na brzegach tak by widoczny był kolorowy łańcuszek, dwa prawie prostokąty wykończane mozaiką jednokolorową  (delikatnie zwężane po bokach ze 105 do 97 i 93 oczek w ramach "klina" pod pachą, zostawiłam z szalikowej części 3 oczka środkowe, robione jako czarne, przy podziale na dziurę, na minimalny podkrój i do wykorzystania przy późniejszym łączeniu) czyli przód i tył, i maiłam coś w rodzaju prawie krzyża czy też pękniętego T, po czym nastąpił kolejny okres zastoju produkcyjnego. Nie mogłam się zebrać do wykończeń, ponieważ wymyśliłam sobie wszędzie i-cord zamiast szycia. Czy ja już kiedyś wspominałam że lubię sobie dzierganie komplikować? :D Żeby było jeszcze zabawniej do tego i-cordu dołożyłam multum pętelek przekładanych przez pętelki i zaplatanych wraz z plączącą się nitką w nieskończoność... Zwłaszcza na górnych krawędziach gdzie najpierw nabrałam 307 oczek (na każdej) po lewej stronie tak żeby ponownie zachować ładny kolorowy łańcuszek na brzegu a później zrobiłam pętelki wzdłuż jednej krawędzi, pomijając podkrój dekoltu i następnie pętelki drugiej przeplatając je przez te pierwsze i wkurzając się na samą siebie oraz stawiającą opór nitkę.
Nie przepadam za szyciem, ale igłą z nitką połączyłabym całość w góra dwie godziny, sznurując zajęło mi to kilka długich wieczorów. A potem okazało się jeszcze, że rękawy są jednak nieco przykrótkie (wyjątkowo zupełnie się nie wyciągnęły po praniu) i musiałam dopętelkować ich wykończenie. I już można było odetchnąć i pojechać zrobić zdjęcia plenerowe (póki pogoda sprzyja) uważając żeby się nie zaplątać pętelkami w podstępne gałęzie i nie zapaść w bagniste podłoże. I jeszcze te fotki troszkę obrobić nieporadnie, i zebrać się w sobie żeby to wszystko opisać... uff :)

Zapomniałabym o  metryczce: pomysł mój, druty 3.5, włóczka Diva Alize silky effect kolor 60 czyli czarny około 270g, oraz po około 25g każdego z tęczowych kolorów Diva Alize batik design nr 4537 i 3242, rozmiar "sklepowe" 36/38 (to jest jeszcze S czy już M? bo nigdy nie wiem i sklepy też, a w rozmiarówce projektów na ravelry wychodzi mi czasem nawet XS!)

Boki "zszywane" przez 30 rzędów i-cordem na 3 oczka (zostawione przy dziurze w podziale na przód i tył), a później zdublowanie (narzuty przekręcone i przełożone na agrafkę) sznurka i "radosne" przeplatane ze sobą coraz większych pętelek w ramach poszerzania dołu...


Równie "radośnie" zaplatane sznurki wykończeniowe na całej długości rękawów, na dole pętelki nieco większe, i jeszcze dodatkowo mankiety z pętelek największych - jak szaleć to szaleć, a co ;)





Wszystkie wykończenia w zbliżeniu bez ludzia i lasu


Całość na płasko


i na wisząco


i na bezgłowym i beznogim ludziu na ścianie, bez rozpraszającej przyrody w tle :)






I to już nareszcie koniec zdjęć.

A!!! Za wszystkie fotki leśne dziękuję bardzo MiKowi, który cierpliwie i bez irytującego tekstu "uśmiechnij się" robił za statyw, zwalniał migawkę aparatu i mnie znosił ;) te na płasko zrobiłam sama, a te na tle ściany samowyzwalacz ;) Do fotek plenerowych poza mną pozowały drzewa, krzaki i inna roślinność oraz elementy przyrody nieożywionej (pierwszy wiosenny motylek niestety uciekł i się na fotki nie załapał, a ptaki są pochowane tak że ich nie widać) z rezerwatu przyrody Duża Woda.

Pozdrawiam serdecznie słonecznie, do następnego razu ;)


niedziela, 5 marca 2017

Astryda - konstrukcja masochistycznie kombinowana

Lubię sobie czasami dzierganie skomplikować, utrudnić, postawiać samej sobie karkołomne dziewiarskie wyzwania. Dzisiaj pochwalę się Wam moim ostatnim udziergiem, który nie dość że jest ze 100% wełny jagnięcej merino, więc tworzyłam go w rękawiczkach, to dodatkowo ma konstrukcje wybitnie kombinowaną, co było przyczyną kilkukrotnego prucia góry i zrobieniem, zupełnie dla mnie nietypowo, mega dużej próbki czy też raczej wersji roboczej 1/3 swetra - z akrylu :)





A teraz będzie opis przygód towarzyszących powstawaniu tej bluzki/swetra :D
Zaczęło się wszystko od włóczki Mirella z Włóczek Warmii w kolorze o nazwie "morskie oko". Kupiłam ją z pełną świadomością, że sobie wyrobu z niej na 99,9% nie ponoszę, a dzierganie też będzie spowolnione, ale ten kolor wzburzonego morza w pochmurny dzień (zdjęcia dobrze tego nie oddają) mnie przekonał.
Motki dotarły w grudniu tuż przed świętami w formie precelkowej wymagającej przerobienia na kłębki, i tu były pierwsze schody, jak zwijać wełnę w rękawiczkach? Walczyłam z nimi dwa dni, myśląc o swojej własnej inteligencji nie najlepiej, skoro się na coś takiego porwałam. Plątało się toto niesamowicie i cóż mechaciło czy też raczej obłaziło, wywołując co chwila wzdychanie "a po co mi to było, tyle jest fajnego akrylu to mi się w szaleństwie niezrozumiałym zachciało wełny". Przewinęłam, odłożyłam do pudła i musiało się odleżeć. Później była książka, a właściwie dwie: "Harda" i "Królowa" Elżbiety Cherezińskiej (bardzo polecam) i już wiedziałam - cokolwiek wydziergam z "morskiego oka" będzie się nazywać Astryda, słona siostra, wolińska pani, wypływająca łodzią na wzburzony Bałtyk. Zaczęła powoli kiełkować koncepcja wzoru, żeby było falowanie, wodorosty coś związanego z kolorem i forma pod samą szyję ale z jakimś odcięciem gorsetowym (kobiety w średniowieczu kojarzą mi się jako raczej szczelnie opatulone w zwoje tkaniny i futra). Powstało kilka rysunków ale nic do mnie nie przemawiało, wtedy natknęłam się na to zdjęcie uznałam - świetne rękawy, a sam motyw na nich prosty i efektowny, gdyby tak troszkę nad nim popracować, można budować w oparciu o to cały projekt. W samym wzorze ozdobnym zmieniłam tylko to, że zamiast narzutów (nie chciałam ażuru) są oczka wkuwane w oczko z rzędu poniżej z odpowiedniej strony.
Reszta procesu koncepcyjnego była już względnie prosta, pozostawała tylko kwestia konstrukcji rękawów, wiedziałam, że na pewno nie chce reglanu tylko "moją" wersję metody na C (opisaną w poście o różyczce) z tworzeniem paska ramion jednym ciągiem rzędami skróconymi. Jednak po zrobieniu wersji pierwszej i przymierzeniu, na sekund dosłownie pięć, okazało się że ramiona się nie układają. Powód był prosty, gdy rzędy skrócone powstają na jednym czy dwóch oczkach tworzy się pas imitujący szew i wszystko ładnie "spływa z ramion", tutaj "szew" był z 20 oczek motywu, który dodatkowo lekko się marszczył, odstawało toto niczym zbroja, pomimo miękkości surowca. A po doświadczeniach z plecionym kardiganem zdecydowanie nie chciałam stosować klastycznej metody contiguous i związanych z nią opadających bardzo ramion. Musiałam więc wypośrodkować nachylenie na takie mieszczące się gdzieś między poziomą górą w wersji "mojego C" i taką pod kątem 45 stopniami wersji Susie Myers. I tak zaczęła się zabawa w prucie. Po drugim zaczęłam mieć obawy o nitkę z merinoska, jakoś na wyglądzie tracić zaczęła i mechacić się miejscami niepokojąco, więc stwierdziłam niech sobie odpocznie jagniątko, a ja się pobawię w destrukcje na moim ulubionym materiale czyli na akrylu ;)
Bawiłam z osiem czy dziesięć razy, bo wyliczenia na papierze to jedno a to co schodzi z drutów drugie. W międzyczasie wymyśliło mi się jeszcze leciutkie zaokrąglenie ramion na łączeniu z rękawem (widać na foto), a wersja próbna z akrylu była mniej rozciągliwa i wymagała grubszych drutów mimo identycznego metrażu co włóczki co ta wełniana. Jednakże już było w miarę łatwo, koncepcja całej góry się skrystalizowała, podział na rękawy lewymi a korpus prawymi wyklarował, wizja nareszcie przełożyła na druty tak jak chciałam, powstała niemal 1/3 swetra (którą całkiem niepotrzebnie, impulsywnie i bezmyślnie sprułam! a miała bym swoją użytkową Astrydę to nic że rudą), można było wrócić do włóczki docelowej ;)





I wtedy, gdy już miałam górę i część jednego z rękawów zrobione (dziergam rękawy zanim skończę korpus, w ten sposób powstają one szybciej i nie są za krótkie z powodu braków materiałowych), Intensywnie Kreatywna pokazała ten sweter! Najpierw mnie zatkało, że jak to, ja sobie coś wymyślam, kombinuję, pruje, wyliczam i przeliczam, kąty obliczam, a ktoś już coś podobnego stworzył i opatentował. Zmusiłam się do przeczytania opisu i uff na szczęście technicznie jest to jednak inaczej zrobione, tam jest cieńcie nitki i nabieranie oczek na brzegu, a u mnie nie! Ulżyło mi. Mogłam dokończyć swój wyrób bez uczucia że to już było i to lepsze, bardziej dizajnerskie. (Jak ktoś znajdzie gdzieś coś podobnego, co jednak już było, to proszę mnie nie informować żebym w depresję minutową nie popadła).
Po tych wszystkich perypetiach poszło z górki, chociaż przemknęła mi jeszcze myśl o pruciu, gdy rękawy były gotowe, nagle przestał mi się tył podobać, stwierdziłam że niepotrzebnie pociągnęłam ten motyw na kręgosłupie (miało to na celu ukrycie miejsca miksowania motków w okrążeniach na lewych oczkach, na prawych jest mniej widoczne) ponieważ bez tego miałabym dzięki teksturze oczek efekt bolerka założonego na gorset. Po przespaniu się z tym impulsem destrukcji zostawiłam jednak jak było, powiedzmy że to "widmowe bolerko zapinane na plecach".
Skończyłam całość, znów musiała się odleżeć, nie miałam gdzie swetra wysuszyć/zablokować. Po moczeniu okazało się, że (co za niespodzianka, tym bardziej że próbki z jagniątka naturalnie nie robiłam) rękawy są zdecydowanie za długie, całość też mi się wydała dziwnie duża, na szczęście po wyschnięciu wróciła do docelowego rozmiaru. Mankiety jednak zostały sprute i skrócone o dwa powtórzenia motywu (żeby coś poza czubkami paznokci było widać). I można było zrobić szybkie zdjęcia na ludziu, nie plenerowe - nie wytrzymałabym w owcy bez widocznych efektów ubocznych dłużej niż 5 minut, a i tak mnie Mirella z jagniątka pogryzła zanim uczulić zdążyła, mimo że na koszulkę założona, i że taka milusia się wydawała.
Dlatego oświadczam z całym przekonaniem, mimo niekwestionowanej cudowności kolorystycznej, ze względu na zmianę wymiarów po moczeniu, obłażenie kłaczkami, mechacenie przy pruciu, "zapach" na mokro, pranie "szczególnej troski", długie schnięcie wymagające dużo powierzchni płaskiej oraz kilku ręczników, i gryzienie przy noszeniu (że o alergii litościwie nie wspomnę) wszelkiej naturalnej wełnie w włóczkach mówię stanowcze NIE! Niech ja sobie owieczki na grzbietach zachowają, i niech im ciepło będzie, i będą szczęśliwe w swej wełnistości. Ja uwielbiam akryl i się tego nie wstydzę, możecie mnie spalić na stosie z bambusowych drutów niemarkowych (które też darzę głęboką sympatią) za dziewiarską herezję a zdania nie zmienię ;P Mogę być eko na co dzień, ale taki kontakt z naturą mnie irytuje i nie wart jest czerpania z pokładów mojej ograniczonej cierpliwości i zasobów finansowych.

A teraz technicznie: o włóczce już pisałam dodam jeszcze że ma 400m w 100g, zużyłam około 230g, druty 3.5., rozmiar 38 po kontakcie z wodą.
Konstrukcyjnie: zaczynałam od góry, od nabrania 88 oczek i przerobieniu ich poziomymi łańcuszkami dwa razy zanim przeszłam do wzoru. Każdy motyw to 20 oczek i 12 rzędów poza motywem z przodu który celowo poszerzyłam do 22 oczek. Podział po zrobieniu pierwszego powtórzenia motywu wyglądał 11-20-26-20-11. Na ramiona zostało dodanych po 24 oczka, rzędy skrócone były robione dookoła motywu na ramionach i dookoła powtórzenia całej sekwencji na około w 12 jej rzędzie (3 razy), dookoła dwóch rzędów sekwencji, i do jej końca już na około co drugie okrążenie, aż na drutach było 35-20-74-20-35.
Na rękawy dodawałam lewe oczka (30) po wewnętrznej stronie markera (jako oczka wkute w oczko z poprzedniego okrążenia) aż było ich w sumie 50. Na Pokroje dodałam po 8 oczek, na rękawach zredukowane od razu do 6, na korpusie w klinach do 4. Rękawy są proste, poszerzone na dole mają 60 oczek, tak żeby się zmieściły całe 3 motywy, powtórzone dwa razy, nieco tylko zmienionego podstawowego wzoru, który ciągnie się przez cała długość od ramienia  i rękawa.
Korpus taliowany do 140 oczek, i poszerzany na dole do 160 znów żeby się 8 sekwencji wzoru, powtórzonych dwa razy zmieściło i dało delikatny efekt falowania. Wykończenia dołu i mankietów robione ponownie dwoma okrążeniami poziomych łańcuszków na oczkach przed ich zamknięciem.
Poza tym na przodzie i tyle jest dodawanie oczek wkutych i przerabianie dwóch razem, po skończeniu motywu z przodu, tak aby uzyskać zmianą faktury oczek efekt bolerka/gorsetu. Z tyłu motyw zmniejszony do szerokości 8 oczek ciągnie się przez całą cześć robioną lewymi oczkami. Jak ktoś się przyjrzy, na samej górze z tyłu jest dziura/łezka zostawiona specjalnie, ponieważ robótkę w okrąg połączyłam dopiero po skoczeniu sekwencji rzędów skróconych kształtujących ramiona, tak mi było wygodniej.

Tyle odnośnie mocno kombinowanej Asytydy. Prawdopodobnie zrobię dla siebie taką z akrylu jak tylko znajdę jakiś w "mówiącym do mnie" kolorze, może konstrukcja będzie z innym motywem na ramionach ale rozwiązania te same, wtedy też spróbuję rozpisać wzór. Chwilowo potrzebuję odpoczynku od drutów i naładowania akumulatorów, gdyż znów mój nadgarstek zaczyna dawać się we znaki i czuję się kreatywnie wydrenowana przez ten wymagający acz ostatecznie satysfakcjonujący projekt.

Pozdrawiam już niemal wiosennie, tęskniąc za wzburzonymi falami i zapachem słonego wiatru od morza ;)


środa, 22 lutego 2017

Marmoladka chili z kotka i kocurka

Jakiś czas temu została ogłoszona akcja wszystko czerwone. Nie bardzo wpisuje się w schemat takich blogowych wspólnych działań, ponieważ nie posiadam fb (i dobrze mi z tym) żeby się chwalić postępami w przerabianiu oczek, z założenia nie używam szlachetnego surowca, nie celebruję też wyboru włóczki i jej nie miziam, oraz generalnie chcę jak najszybciej mieć gotowy ciuch (zanim pomysł zatrze się w mej głowie wypchnięty przez nowy) gdyż samo machanie drutami jako sztuka dla sztuki (i zajęcie dla rąk w czasie maratonów serialowych) satysfakcji mi jakoś nie sprawia...
Tutaj jednak na hasło miałam natychmiastowe skojarzenie z tym zdjęciem, które mnie zachwyciło fakturą przedstawionego swetra ponad rok temu, i pomysł na wykorzystanie "wstrętnego, taniego, skrzypiącego akrylu" krzyczącego kolorem z wystawy pobliskiej pasmanterii ;)
Zdjęcia tego dobrze nie oddają (zawsze gdy planuję sesję na zewnątrz pogoda złośliwie zmienia się na wyjątkowo niesprzyjającą, dziś od rana leje i wieje, więc ściana pozostaje niezastąpionym choć opatrzonym tłem) sweter jest dokładnie w kolorze czerwonej papryczki chili, bardzo ostrym i rozgrzewającym ;) A że zrobiony wzorem brioszkowego plastra miodu został ochrzczony mianem marmoladki, ponieważ ajvar (który uwielbiam jeść) jako nazwa udziergu mi nie odpowiadał, a nazwy Red Hot'ów (których uwielbiam słuchać) plagiatować nie chciałam ;)


Fason najprostszy z możliwych czyli reglan oversize z dość szerokimi (jak na mnie) prostymi rękawami, robiony od góry, bez użycia rzędów skróconych. Tego typu kształt mnie osobiście najbardziej do wszelkich brioszkowych swetrów pasuje, gdyż mięsista faktura robi efekt i z formą szaleć nie trzeba.
Sweterek powstał w całości na drutach nr 4 z Arleanowego Kotka (300m/100g) i Kocurka (520m/100g) w kolorze 4-2224, ponieważ tego grubszego były dostępne tylko 3 motki i istniała obawa że mi go zabraknie na całość (a nie lubię kupowania włóczki na raty w różnych pasmanteriach), dlatego wzięłam jeden motek cieńszego na ściągaczowe elementy wszelakie. Początkowo miałam plan robić perłową brioszką jednak po wydzierganiu części korpusu i jednego rękawa doszłam do wniosku że miodowa odmiana brioszki lepiej się tu sprawdzi i sprułam to co było już gotowe (oraz pokazane w poprzednim poście) wydłużając sobie czas powstawania wyrobu o ponad tydzień.
Najpierw powstał element golfopodobny, czyli około 17cm komina ściągaczem brioszkowym  na 84 oczka z pojedynczej nitki Kocurka. Następnie zmiana nitki na Kotka, dwa okrążenia lewych oczek, zmiana ściegu na brioszkowy plaster miodu i podział 20-44-20, dwa razy dodane co cztery okrążenia oczka po obu stronach dwóch markerów. Przełożenie znaczników 13-20-30-20-13 i osiem razy dodawane oczka na reglan co czwarte okrążenie wokół czterech markerów. Oczka dodawałam wbijając się w oczka z rzędu niżej, a ponieważ robienie tego wzoru na takim własnie przerabianiu oczek polega, tym samym sposób ten wydał mi się najbardziej naturalny.
Na podkroje rękawów zostało dodanych po 6 oczek w momencie gdy podział na drutach wyglądał 23-40-50-40-23. Dziergałam korpusik po oddzieleniu 108 oczek przez około 30cm, po czym zrobiłam okrążenie zwykłego ściągacza prawe lewe, zmieniłam włóczkę z powrotem na Kocurka tym razem wziętego podwójnie i zrobiłam wykończenia ściągaczem brioszkowym. A że z lenistwa nie wyjęłam markerów oznaczających 6 dodanych oczek z każdego boku, to osobno robiłam ściągacz przodu i ściągacz tyłu, tak aby zachodziły na siebie o te 6 oczek właśnie. Ściągacz przodu ma 12 rzędów brioszkowych (24 normalne) jest o 3 (6) rzędy krótszy od tego z tyłu.


Rękawy to 44 oczka na całej długości (nie 46 bo po dwa z każdej strony tych dodanych przerobiłam od razu po oddzieleniu rękawów jako dwa razem) robione przez około 40cm po oddzieleniu od
kadłubka, następnie okrążenie prawe lewe, zmiana nitki na podwójnego Kocurka i 12 (24) okrążenia brioszkowego ściągacza.



Pomimo że na doły wystarczyło by mi Kotka, to robione podwójną nitką Kocurka są nieco grubsze od korpusu a przez to dobrze dociążone.
Zastanawiałam się przez sekundę czy nie wypruć góry i nie przerobić i tego elementu ściągaczowego podwójną nitką Kocurka albo pojedynczą Kotka, ale doszłam do wniosku że dzięki temu że jest zrobiony z cieńszej włóczki, jest bardziej lejący, lepiej się układa i wywijać, podwijać oraz zawijać go przeróżnie można w zależności od ciepłoty otocznia oraz naturalnie stopnia nasilenia wiania po szyj ;)




Miejsce początku każdego okrążenia jest dobrze widoczne na plecach, nie chowałam tego przejścia bo podoba mi się taka atrapa zapinania z tyłu.



Ogólnie na Marmoladkę w kolorze chili, z której jestem wyjątkowo zadowolona, poszło mniej więcej 250g Kotka i 75g Kocurka, jako że wagi nie posiadam wnioskuję po wielkości kłębuszkowych pozostałości :)

Pozdrawiam gorąco rozgrzewająco ;)


niedziela, 12 lutego 2017

Wielgachne bordowe T

"Jest zima więc musi być zimno" :) 
Lubię zimę, mróz mi nie przeszkadza bo mam całą szafę swetrów w które mogę się opatulić wielowarstwowo niczym w skafander kosmiczny. A to że zakładanie tego na siebie wymaga czasu i poruszanie się w kilogramach odzieży bywa nieco skomplikowane, to cóż, trzeba ćwiczyć koordynację ruchową ;)
Ten sweter zrobiłam jakiś czas temu żeby mieć w czym jeździć na łyżwach.





Mimo upływu lat, nadal świetnie się sprawdza i śladów użytkowania po nim nie widać, co zadaje kłam powszechnemu mniemaniu o tym jak to tani akryl się mechaci i nie warto w niego inwestować :) 
Sweter jest zrobiony na prostych drutach nr 7 z sześciu motków Puchatej Kotki (147m/100g) w kolorze czerwonego wina, według producenta bordowym 34-2223 . 
Konstrukcja banalna, to dwie litery T robione od dołu i zszyte po bokach oraz wzdłuż rękawów, grubaśne mankiety (doskonale grzejące łapki) dorabiane na końcu bo mi się wydawało że rękawy, na które nabrałam tyle oczek co na korpus, są za krótkie (nie były). Golf u góry robiony razem z całością zszyty tylko z jednej strony. Przy zszywaniu kadłubka się zagapiłam i szew jest na prawej stronie w związku z czym na wierzchu są lewe oczka co wyszło swetrzysku na dobre. Całość prosta i szybka do dziergania. 
Nie to co to z czym się teraz "męczę". Nie lubię cienkich drutów, a jeszcze bardziej nie lubię jak po wielu wieczorach dziergania końca wciąż nie widać, i nie wiem kiedy coś nowego, skończonego będę mogła tu pokazać, bo na razie to wciąż jest bezkształtna plątanina drutów i motków...


Pozdrawiam zimowo, idę na łyżwy koordynację ruchową poćwiczyć oraz odpocząć od kłębowiska włóczek ;)