niedziela, 5 marca 2017

Astryda - konstrukcja masochistycznie kombinowana

Lubię sobie czasami dzierganie skomplikować, utrudnić, postawiać samej sobie karkołomne dziewiarskie wyzwania. Dzisiaj pochwalę się Wam moim ostatnim udziergiem, który nie dość że jest ze 100% wełny jagnięcej merino, więc tworzyłam go w rękawiczkach, to dodatkowo ma konstrukcje wybitnie kombinowaną, co było przyczyną kilkukrotnego prucia góry i zrobieniem, zupełnie dla mnie nietypowo, mega dużej próbki czy też raczej wersji roboczej 1/3 swetra - z akrylu :)





A teraz będzie opis przygód towarzyszących powstawaniu tej bluzki/swetra :D
Zaczęło się wszystko od włóczki Mirella z Włóczek Warmii w kolorze o nazwie "morskie oko". Kupiłam ją z pełną świadomością, że sobie wyrobu z niej na 99,9% nie ponoszę, a dzierganie też będzie spowolnione, ale ten kolor wzburzonego morza w pochmurny dzień (zdjęcia dobrze tego nie oddają) mnie przekonał.
Motki dotarły w grudniu tuż przed świętami w formie precelkowej wymagającej przerobienia na kłębki, i tu były pierwsze schody, jak zwijać wełnę w rękawiczkach? Walczyłam z nimi dwa dni, myśląc o swojej własnej inteligencji nie najlepiej, skoro się na coś takiego porwałam. Plątało się toto niesamowicie i cóż mechaciło czy też raczej obłaziło, wywołując co chwila wzdychanie "a po co mi to było, tyle jest fajnego akrylu to mi się w szaleństwie niezrozumiałym zachciało wełny". Przewinęłam, odłożyłam do pudła i musiało się odleżeć. Później była książka, a właściwie dwie: "Harda" i "Królowa" Elżbiety Cherezińskiej (bardzo polecam) i już wiedziałam - cokolwiek wydziergam z "morskiego oka" będzie się nazywać Astryda, słona siostra, wolińska pani, wypływająca łodzią na wzburzony Bałtyk. Zaczęła powoli kiełkować koncepcja wzoru, żeby było falowanie, wodorosty coś związanego z kolorem i forma pod samą szyję ale z jakimś odcięciem gorsetowym (kobiety w średniowieczu kojarzą mi się jako raczej szczelnie opatulone w zwoje tkaniny i futra). Powstało kilka rysunków ale nic do mnie nie przemawiało, wtedy natknęłam się na to zdjęcie uznałam - świetne rękawy, a sam motyw na nich prosty i efektowny, gdyby tak troszkę nad nim popracować, można budować w oparciu o to cały projekt. W samym wzorze ozdobnym zmieniłam tylko to, że zamiast narzutów (nie chciałam ażuru) są oczka wkuwane w oczko z rzędu poniżej z odpowiedniej strony.
Reszta procesu koncepcyjnego była już względnie prosta, pozostawała tylko kwestia konstrukcji rękawów, wiedziałam, że na pewno nie chce reglanu tylko "moją" wersję metody na C (opisaną w poście o różyczce) z tworzeniem paska ramion jednym ciągiem rzędami skróconymi. Jednak po zrobieniu wersji pierwszej i przymierzeniu, na sekund dosłownie pięć, okazało się że ramiona się nie układają. Powód był prosty, gdy rzędy skrócone powstają na jednym czy dwóch oczkach tworzy się pas imitujący szew i wszystko ładnie "spływa z ramion", tutaj "szew" był z 20 oczek motywu, który dodatkowo lekko się marszczył, odstawało toto niczym zbroja, pomimo miękkości surowca. A po doświadczeniach z plecionym kardiganem zdecydowanie nie chciałam stosować klastycznej metody contiguous i związanych z nią opadających bardzo ramion. Musiałam więc wypośrodkować nachylenie na takie mieszczące się gdzieś między poziomą górą w wersji "mojego C" i taką pod kątem 45 stopniami wersji Susie Myers. I tak zaczęła się zabawa w prucie. Po drugim zaczęłam mieć obawy o nitkę z merinoska, jakoś na wyglądzie tracić zaczęła i mechacić się miejscami niepokojąco, więc stwierdziłam niech sobie odpocznie jagniątko, a ja się pobawię w destrukcje na moim ulubionym materiale czyli na akrylu ;)
Bawiłam z osiem czy dziesięć razy, bo wyliczenia na papierze to jedno a to co schodzi z drutów drugie. W międzyczasie wymyśliło mi się jeszcze leciutkie zaokrąglenie ramion na łączeniu z rękawem (widać na foto), a wersja próbna z akrylu była mniej rozciągliwa i wymagała grubszych drutów mimo identycznego metrażu co włóczki co ta wełniana. Jednakże już było w miarę łatwo, koncepcja całej góry się skrystalizowała, podział na rękawy lewymi a korpus prawymi wyklarował, wizja nareszcie przełożyła na druty tak jak chciałam, powstała niemal 1/3 swetra (którą całkiem niepotrzebnie, impulsywnie i bezmyślnie sprułam! a miała bym swoją użytkową Astrydę to nic że rudą), można było wrócić do włóczki docelowej ;)





I wtedy, gdy już miałam górę i część jednego z rękawów zrobione (dziergam rękawy zanim skończę korpus, w ten sposób powstają one szybciej i nie są za krótkie z powodu braków materiałowych), Intensywnie Kreatywna pokazała ten sweter! Najpierw mnie zatkało, że jak to, ja sobie coś wymyślam, kombinuję, pruje, wyliczam i przeliczam, kąty obliczam, a ktoś już coś podobnego stworzył i opatentował. Zmusiłam się do przeczytania opisu i uff na szczęście technicznie jest to jednak inaczej zrobione, tam jest cieńcie nitki i nabieranie oczek na brzegu, a u mnie nie! Ulżyło mi. Mogłam dokończyć swój wyrób bez uczucia że to już było i to lepsze, bardziej dizajnerskie. (Jak ktoś znajdzie gdzieś coś podobnego, co jednak już było, to proszę mnie nie informować żebym w depresję minutową nie popadła).
Po tych wszystkich perypetiach poszło z górki, chociaż przemknęła mi jeszcze myśl o pruciu, gdy rękawy były gotowe, nagle przestał mi się tył podobać, stwierdziłam że niepotrzebnie pociągnęłam ten motyw na kręgosłupie (miało to na celu ukrycie miejsca miksowania motków w okrążeniach na lewych oczkach, na prawych jest mniej widoczne) ponieważ bez tego miałabym dzięki teksturze oczek efekt bolerka założonego na gorset. Po przespaniu się z tym impulsem destrukcji zostawiłam jednak jak było, powiedzmy że to "widmowe bolerko zapinane na plecach".
Skończyłam całość, znów musiała się odleżeć, nie miałam gdzie swetra wysuszyć/zablokować. Po moczeniu okazało się, że (co za niespodzianka, tym bardziej że próbki z jagniątka naturalnie nie robiłam) rękawy są zdecydowanie za długie, całość też mi się wydała dziwnie duża, na szczęście po wyschnięciu wróciła do docelowego rozmiaru. Mankiety jednak zostały sprute i skrócone o dwa powtórzenia motywu (żeby coś poza czubkami paznokci było widać). I można było zrobić szybkie zdjęcia na ludziu, nie plenerowe - nie wytrzymałabym w owcy bez widocznych efektów ubocznych dłużej niż 5 minut, a i tak mnie Mirella z jagniątka pogryzła zanim uczulić zdążyła, mimo że na koszulkę założona, i że taka milusia się wydawała.
Dlatego oświadczam z całym przekonaniem, mimo niekwestionowanej cudowności kolorystycznej, ze względu na zmianę wymiarów po moczeniu, obłażenie kłaczkami, mechacenie przy pruciu, "zapach" na mokro, pranie "szczególnej troski", długie schnięcie wymagające dużo powierzchni płaskiej oraz kilku ręczników, i gryzienie przy noszeniu (że o alergii litościwie nie wspomnę) wszelkiej naturalnej wełnie w włóczkach mówię stanowcze NIE! Niech ja sobie owieczki na grzbietach zachowają, i niech im ciepło będzie, i będą szczęśliwe w swej wełnistości. Ja uwielbiam akryl i się tego nie wstydzę, możecie mnie spalić na stosie z bambusowych drutów niemarkowych (które też darzę głęboką sympatią) za dziewiarską herezję a zdania nie zmienię ;P Mogę być eko na co dzień, ale taki kontakt z naturą mnie irytuje i nie wart jest czerpania z pokładów mojej ograniczonej cierpliwości i zasobów finansowych.

A teraz technicznie: o włóczce już pisałam dodam jeszcze że ma 400m w 100g, zużyłam około 230g, druty 3.5., rozmiar 38 po kontakcie z wodą.
Konstrukcyjnie: zaczynałam od góry, od nabrania 88 oczek i przerobieniu ich poziomymi łańcuszkami dwa razy zanim przeszłam do wzoru. Każdy motyw to 20 oczek i 12 rzędów poza motywem z przodu który celowo poszerzyłam do 22 oczek. Podział po zrobieniu pierwszego powtórzenia motywu wyglądał 11-20-26-20-11. Na ramiona zostało dodanych po 24 oczka, rzędy skrócone były robione dookoła motywu na ramionach i dookoła powtórzenia całej sekwencji na około w 12 jej rzędzie (3 razy), dookoła dwóch rzędów sekwencji, i do jej końca już na około co drugie okrążenie, aż na drutach było 35-20-74-20-35.
Na rękawy dodawałam lewe oczka (30) po wewnętrznej stronie markera (jako oczka wkute w oczko z poprzedniego okrążenia) aż było ich w sumie 50. Na Pokroje dodałam po 8 oczek, na rękawach zredukowane od razu do 6, na korpusie w klinach do 4. Rękawy są proste, poszerzone na dole mają 60 oczek, tak żeby się zmieściły całe 3 motywy, powtórzone dwa razy, nieco tylko zmienionego podstawowego wzoru, który ciągnie się przez cała długość od ramienia  i rękawa.
Korpus taliowany do 140 oczek, i poszerzany na dole do 160 znów żeby się 8 sekwencji wzoru, powtórzonych dwa razy zmieściło i dało delikatny efekt falowania. Wykończenia dołu i mankietów robione ponownie dwoma okrążeniami poziomych łańcuszków na oczkach przed ich zamknięciem.
Poza tym na przodzie i tyle jest dodawanie oczek wkutych i przerabianie dwóch razem, po skończeniu motywu z przodu, tak aby uzyskać zmianą faktury oczek efekt bolerka/gorsetu. Z tyłu motyw zmniejszony do szerokości 8 oczek ciągnie się przez całą cześć robioną lewymi oczkami. Jak ktoś się przyjrzy, na samej górze z tyłu jest dziura/łezka zostawiona specjalnie, ponieważ robótkę w okrąg połączyłam dopiero po skoczeniu sekwencji rzędów skróconych kształtujących ramiona, tak mi było wygodniej.

Tyle odnośnie mocno kombinowanej Asytydy. Prawdopodobnie zrobię dla siebie taką z akrylu jak tylko znajdę jakiś w "mówiącym do mnie" kolorze, może konstrukcja będzie z innym motywem na ramionach ale rozwiązania te same, wtedy też spróbuję rozpisać wzór. Chwilowo potrzebuję odpoczynku od drutów i naładowania akumulatorów, gdyż znów mój nadgarstek zaczyna dawać się we znaki i czuję się kreatywnie wydrenowana przez ten wymagający acz ostatecznie satysfakcjonujący projekt.

Pozdrawiam już niemal wiosennie, tęskniąc za wzburzonymi falami i zapachem słonego wiatru od morza ;)


środa, 22 lutego 2017

Marmoladka chili z kotka i kocurka

Jakiś czas temu została ogłoszona akcja wszystko czerwone. Nie bardzo wpisuje się w schemat takich blogowych wspólnych działań, ponieważ nie posiadam fb (i dobrze mi z tym) żeby się chwalić postępami w przerabianiu oczek, z założenia nie używam szlachetnego surowca, nie celebruję też wyboru włóczki i jej nie miziam, oraz generalnie chcę jak najszybciej mieć gotowy ciuch (zanim pomysł zatrze się w mej głowie wypchnięty przez nowy) gdyż samo machanie drutami jako sztuka dla sztuki (i zajęcie dla rąk w czasie maratonów serialowych) satysfakcji mi jakoś nie sprawia...
Tutaj jednak na hasło miałam natychmiastowe skojarzenie z tym zdjęciem, które mnie zachwyciło fakturą przedstawionego swetra ponad rok temu, i pomysł na wykorzystanie "wstrętnego, taniego, skrzypiącego akrylu" krzyczącego kolorem z wystawy pobliskiej pasmanterii ;)
Zdjęcia tego dobrze nie oddają (zawsze gdy planuję sesję na zewnątrz pogoda złośliwie zmienia się na wyjątkowo niesprzyjającą, dziś od rana leje i wieje, więc ściana pozostaje niezastąpionym choć opatrzonym tłem) sweter jest dokładnie w kolorze czerwonej papryczki chili, bardzo ostrym i rozgrzewającym ;) A że zrobiony wzorem brioszkowego plastra miodu został ochrzczony mianem marmoladki, ponieważ ajvar (który uwielbiam jeść) jako nazwa udziergu mi nie odpowiadał, a nazwy Red Hot'ów (których uwielbiam słuchać) plagiatować nie chciałam ;)


Fason najprostszy z możliwych czyli reglan oversize z dość szerokimi (jak na mnie) prostymi rękawami, robiony od góry, bez użycia rzędów skróconych. Tego typu kształt mnie osobiście najbardziej do wszelkich brioszkowych swetrów pasuje, gdyż mięsista faktura robi efekt i z formą szaleć nie trzeba.
Sweterek powstał w całości na drutach nr 4 z Arleanowego Kotka (300m/100g) i Kocurka (520m/100g) w kolorze 4-2224, ponieważ tego grubszego były dostępne tylko 3 motki i istniała obawa że mi go zabraknie na całość (a nie lubię kupowania włóczki na raty w różnych pasmanteriach), dlatego wzięłam jeden motek cieńszego na ściągaczowe elementy wszelakie. Początkowo miałam plan robić perłową brioszką jednak po wydzierganiu części korpusu i jednego rękawa doszłam do wniosku że miodowa odmiana brioszki lepiej się tu sprawdzi i sprułam to co było już gotowe (oraz pokazane w poprzednim poście) wydłużając sobie czas powstawania wyrobu o ponad tydzień.
Najpierw powstał element golfopodobny, czyli około 17cm komina ściągaczem brioszkowym  na 84 oczka z pojedynczej nitki Kocurka. Następnie zmiana nitki na Kotka, dwa okrążenia lewych oczek, zmiana ściegu na brioszkowy plaster miodu i podział 20-44-20, dwa razy dodane co cztery okrążenia oczka po obu stronach dwóch markerów. Przełożenie znaczników 13-20-30-20-13 i osiem razy dodawane oczka na reglan co czwarte okrążenie wokół czterech markerów. Oczka dodawałam wbijając się w oczka z rzędu niżej, a ponieważ robienie tego wzoru na takim własnie przerabianiu oczek polega, tym samym sposób ten wydał mi się najbardziej naturalny.
Na podkroje rękawów zostało dodanych po 6 oczek w momencie gdy podział na drutach wyglądał 23-40-50-40-23. Dziergałam korpusik po oddzieleniu 108 oczek przez około 30cm, po czym zrobiłam okrążenie zwykłego ściągacza prawe lewe, zmieniłam włóczkę z powrotem na Kocurka tym razem wziętego podwójnie i zrobiłam wykończenia ściągaczem brioszkowym. A że z lenistwa nie wyjęłam markerów oznaczających 6 dodanych oczek z każdego boku, to osobno robiłam ściągacz przodu i ściągacz tyłu, tak aby zachodziły na siebie o te 6 oczek właśnie. Ściągacz przodu ma 12 rzędów brioszkowych (24 normalne) jest o 3 (6) rzędy krótszy od tego z tyłu.


Rękawy to 44 oczka na całej długości (nie 46 bo po dwa z każdej strony tych dodanych przerobiłam od razu po oddzieleniu rękawów jako dwa razem) robione przez około 40cm po oddzieleniu od
kadłubka, następnie okrążenie prawe lewe, zmiana nitki na podwójnego Kocurka i 12 (24) okrążenia brioszkowego ściągacza.



Pomimo że na doły wystarczyło by mi Kotka, to robione podwójną nitką Kocurka są nieco grubsze od korpusu a przez to dobrze dociążone.
Zastanawiałam się przez sekundę czy nie wypruć góry i nie przerobić i tego elementu ściągaczowego podwójną nitką Kocurka albo pojedynczą Kotka, ale doszłam do wniosku że dzięki temu że jest zrobiony z cieńszej włóczki, jest bardziej lejący, lepiej się układa i wywijać, podwijać oraz zawijać go przeróżnie można w zależności od ciepłoty otocznia oraz naturalnie stopnia nasilenia wiania po szyj ;)




Miejsce początku każdego okrążenia jest dobrze widoczne na plecach, nie chowałam tego przejścia bo podoba mi się taka atrapa zapinania z tyłu.



Ogólnie na Marmoladkę w kolorze chili, z której jestem wyjątkowo zadowolona, poszło mniej więcej 250g Kotka i 75g Kocurka, jako że wagi nie posiadam wnioskuję po wielkości kłębuszkowych pozostałości :)

Pozdrawiam gorąco rozgrzewająco ;)


niedziela, 12 lutego 2017

Wielgachne bordowe T

"Jest zima więc musi być zimno" :) 
Lubię zimę, mróz mi nie przeszkadza bo mam całą szafę swetrów w które mogę się opatulić wielowarstwowo niczym w skafander kosmiczny. A to że zakładanie tego na siebie wymaga czasu i poruszanie się w kilogramach odzieży bywa nieco skomplikowane, to cóż, trzeba ćwiczyć koordynację ruchową ;)
Ten sweter zrobiłam jakiś czas temu żeby mieć w czym jeździć na łyżwach.





Mimo upływu lat, nadal świetnie się sprawdza i śladów użytkowania po nim nie widać, co zadaje kłam powszechnemu mniemaniu o tym jak to tani akryl się mechaci i nie warto w niego inwestować :) 
Sweter jest zrobiony na prostych drutach nr 7 z sześciu motków Puchatej Kotki (147m/100g) w kolorze czerwonego wina, według producenta bordowym 34-2223 . 
Konstrukcja banalna, to dwie litery T robione od dołu i zszyte po bokach oraz wzdłuż rękawów, grubaśne mankiety (doskonale grzejące łapki) dorabiane na końcu bo mi się wydawało że rękawy, na które nabrałam tyle oczek co na korpus, są za krótkie (nie były). Golf u góry robiony razem z całością zszyty tylko z jednej strony. Przy zszywaniu kadłubka się zagapiłam i szew jest na prawej stronie w związku z czym na wierzchu są lewe oczka co wyszło swetrzysku na dobre. Całość prosta i szybka do dziergania. 
Nie to co to z czym się teraz "męczę". Nie lubię cienkich drutów, a jeszcze bardziej nie lubię jak po wielu wieczorach dziergania końca wciąż nie widać, i nie wiem kiedy coś nowego, skończonego będę mogła tu pokazać, bo na razie to wciąż jest bezkształtna plątanina drutów i motków...


Pozdrawiam zimowo, idę na łyżwy koordynację ruchową poćwiczyć oraz odpocząć od kłębowiska włóczek ;)



czwartek, 2 lutego 2017

Worek pokutny

Tak właśnie został nazwany mój najnowszy udzierg chwilę po tym jak go na siebie założyłam w celu obfotografowania :) Cóż nie wszystkim musi się podobać, ważne że ja się w nim dobrze czuję ponieważ to ja go nosić będę.




Ten sweter to takie małe kontrasty. Konstrukcja niby contiguous (ale nie do końca), raczej "bezmyślny twór" czyli tzw. idealna robótka telewizyjna, w moim przypadku komputerowo-książkowa. Nabrałam 60 oczek, zrobiłam dwa rzędy łańcuszków poziomych żeby mi się brzeg nie wywijał, zamknęłam całość w okrąg (to małe pęknięcie na plecach jest celowe ma odróżniać przód od tyłu), wstawiłam znaczniki po 15 i 45 oczku i dodawałam sobie radośnie oczka w tych dwóch miejscach po obu stronach markerów co drugie okrążenie. A że się zagapiłam to z rozpędu miałam ich aż 172 gdy zdecydowałam się policzyć. Nie chciało mi się tego kudłatego czegoś pruć, więc przełożyłam po 18 oczek z każdej strony markera na osobną żyłkę, do reszty dodałam po 2 oczka w miejscach tych zdjętych 36 i robiłam dalej w okrążeniach taliując lekko po około 13 centymetrach od pachy (odjęłam 16 oczek po czym dodałam 24), dodałam jeszcze trzy razy rzędy skrócone żeby tył był nieco dłuższy i zakończyłam całość poziomymi łańcuszkami tym razem na trzech rzędach. Z oczek pozostawionych na osobnych żyłkach powstały przydługie (celowo) rękawy identycznie wykończone na dole jak korpus. I worek był gotowy do użytkowania :)
Druty 5. Dziergałam z nietypowego wręcz heretyckiego połączenia nitek, czarne włochate to akryl czesany, srebrne lekko połyskujące to cienki jak włos (1200m w 100g) czysty jedwab z bardzo starych zapasów (którego została resztka i nie wiadomo było co z nią zrobić, więc żeby nie było że robię kolejny czarny sweter dodałam go do kudłacza i jest grafitowo). Całość miękka i wygodna,  wagi piórkowej, podomowo-wieczorowa ;)



Pozdrawiam karnawałowo w błyszczącym worku pokutnym, który wcale nie jest czarny  :)


środa, 25 stycznia 2017

Czapka

Osobiście czapki nosze tylko przy wielkich mrozach, więc rzadko je robię. Ponieważ jednak zaistniało zapotrzebowanie na taki wyrób to powstał, od góry z prostym motywem dla ozdoby, żeby mi się nie nudziło przy dzierganiu.


Włóczka to dropsowe merino extra fine 2 motki czyli 100g wyrobione dosłownie do ostatnich centymetrów. Przerabiałam podwójnie na drutach 4.5 dziergając w rękawiczkach :) nie tylko dlatego że to wełna ale też dlatego że obłazi! Zaczęłam od 8 oczek nabranych na dwa druty z żyłką tak jak na skarpetki robione od palców i przerabiając magic loopem dodawałam (chyba bo nie zapisałam) po 8 oczek co okrążenie 3 razy, i po 8 oczek co drugie okrążenie 4 razy, do 64 oczek w sumie. W każdym razie dodawałam je tak żeby mi pasowały do powstającego wzoru.
Wzorek z głowy, "na motywach" czegoś co gdzieś widziałam, taki oszukany warkocz miał być z prawych i lewych, dwóch razem i oczek wkutych, ale po moczeniu, obłażeniu z kłaczków i rozciąganiu się rozpłaszczył - jest choinka ;) 
Okrążenie I - 2 prawe, 4 lewe, 2 prawe. Okrążenie II tak jak oczka schodzą z drutu.
Okrążenie  III - oczko prawe wkute w oczko z rzędu poniżej, 1 prawe, dwa razem na prawo z prawym oczkiem na wierzchu, dwa lewe, dwa razem na prawo z prawym oczkiem na wierzchu, 1 prawe, oczko prawe wkute w oczko z rzędu poniżej. Okrążenie IV tak jak oczka schodzą z drutu.
Okrążenie V - oczko prawe wkute w oczko z rzędu poniżej, 2 prawe, dwa razem na prawo z prawym oczkiem na wierzchu, dwa razem na prawo z prawym oczkiem na wierzchu, 2 prawe, oczko prawe wkute w oczko rzędu poniżej. Okrążenie VI tak jak oczka schodzą z drutu. Powtarzać te 6 okrążeń. Zamiast oczek wkutych można by robić narzuty przerabiane jako oczko przekręcone, ale nie chciałam ażuru, to miała być ciepła czapa.
Na dole jest króciutki ściągacz 2x2 i się nitka skończyła, dlatego wysokość czapki to tylko około 25cm. Ten dół prułam żeby do obwodu głowy (53cm) dopasować, początkowo go zrobiłam na mniejszych o pół numeru drutach i był problem, aż tak się nie rozciągnęło jak sądziłam i łepek się nie mieścił. I tak jest troszkę ciasno ale lepiej tak niż za luźno i na oczy opadająco :) Włosy zwinięte w warkocz czy koka na czubku głowy się mieszczą w tej odstającej części "orzeszka". Generalnie nie jest to mój ulubiony fason ale na "beretoczapkę" było za mało czarnej ciepłej włóczki żeby zapotrzebowaniu sprostać.
Tak na mnie toto wygląda (docencie, mimo tego że zdjęcia są fatalnie nieostre, moje poświęcenie w kontakcie z wełną i próby zrobienia znośnego selfi własnemu czubkowi głowy!)



Czubek czapki na balonie


Pompona, chociaż są modne, nie dorobiłam, to już kwestia składającego zapotrzebowanie czy sobie ogon sztucznego królika doszyje czy nie :). A czapa grzeje i chociaż mało fotogeniczna to na żywo wygląda całkiem atrakcyjnie.

Pozdrawiam cieplutko i z "zimową" piosenką Was zostawiam ;)

środa, 18 stycznia 2017

Mroźna noc albo szkolny mundurek

W ramach robienia próbki narzuty na łóżko, chciałam sprawdzić jak się kolory rozkładają w granatowej szpuli boucle print, i zupełnie nie wiem kiedy, kolejny golf sobie wydziergałam ;)



Kolorystyka ubraniowo kompletnie nie moja, od czasów wczesnoszkolnych nie lubię połączenia granatowego z białym, kojarzącego mi się z nieszczęsnymi fartuszkami nylonowymi. Rozważałam nawet czy dla hecy tarczy do tego swetra nie przyszyć, bo gdzieś pamiątkowe z czasów edukacji jeszcze posiadam :D 
Jednak nie jest to jedyne skojarzenie z tym golfiakiem, drugie ma związek z zimową pogodą, cieniami na śniegu i mroźną, rozgwieżdżoną nocą zdała od cywilizacji gdzieś w północnych krainach, przez to się z tym swetrem polubiłam.
Konstrukcyjnie to wariacja na temat reglanu, podpatrzona ostatnio w przepięknym swetrze Herbi, koniecznie musiałam wypróbować to w czymś prostym zanim wezmę się za wstawianie ażurów czy plecionek w rękawy. Dla tej włóczki miałam już wyliczenia z tego jesiennego swetra więc nabrałam oczka na golf (64) będące sumą oczek przewidzianych na oba rękawy (bez podkroi) i zrobiłam odpowiednią ilość okrążeń coby szyję zabezpieczyć od chłodu ściągaczem 1x3. Następnie wstawiłam marker na środku przodu (z tyłu już był zaznaczając początek okrążenia) i dodawałam w każdym okrążeniu oczka po bokach rękawów kształtujące korpusik (rękawy już swoją ilość oczek miały i tu dodawać nic nie było trzeba). Po 20 okrążeniach wydało mi się że takie poszerzanie co okrążenie może spowodować iż uzyskam fason oversize zanim karczek będzie odpowiednio wysoki, więc oczka dodawałam co drugie kółeczko do uzyskania 54 oczek z przodu i 52 z tyłu (z tyłu oczka po bokach rękawów zaczęłam dodawać jedno okrążenie później niż z przodu). Na podkroje dodałam po 6 oczek z każdej strony. Sweter jest leciutko taliowany odjęłam 8 oczek i dodałam 12, na dole jest 120 oczek wykończone ściągaczem 3x1. Rękawy to 38 oczek na mankiecie 36. 
Co do rękawów to początkowo miały być symetryczne kolorystycznie ale po zrobieniu pierwszego stwierdziłam że  nie chce mi się znów szpuli przewjiać do odpowiedniego momentu i postanowiłam wykorzystać fragment już wycięty od drugiej strony. Tym sposobem nareszcie wiem która ręka jest prawa a która lewa, a odkąd przestałam nosić zegarek i pierścionki miałam z tym czasami problem ;) 


Golf wywijam do wewnątrz bo wywinięty normalnie wydaje mi się zbyt ciemny w stosunku do "ośnieżonych" ramion. O tak jak tu


I jeszcze metryczka: Pomysł mój. Włóczka Boucle Print Ramley Shade z linku na początku wpisu. Druty 5. Zużycie około 300g. Tradycyjne zdjęcie wieszakowe na koniec


Pozdrawiam ciepła w mroźne noce życząc ;)





wtorek, 10 stycznia 2017

Wyśnione zaplotłam warkocze walcząc z owczą sierścią

Jak już niejednokrotnie wspominałam - wełna mnie uczula, zresztą nie tylko wełna ale po kolei...
Zanim konkrety i dużo zdjęć będzie wprowadzająca dykteryjka, można przewinąć stronę w dół do obrazków, żeby się nie nudzić przy czytaniu ;)
Jakiś czas temu, zapewne wiosną, wracałam do domu mocno okrężną drogą i przypadkiem, w bocznej uliczce, trafiłam na likwidację małego sklepiku, z którego wystawy uśmiechały się do mnie kolorowe motki, weszłam. Wyszłam z całą reklamówką dóbr różnorakich, nieco tylko lżejszym portfelem i uśmiechem szczęśliwego "łowcy okazji" na ustach ;)
Wśród kupionych przedmiotów było kilka motków włóczki, która urzekła mnie kolorem piaskowo-beżowo-złotym (coś jak plaża w blasku słońca zmiksowana z odcieniem starych radzieckich pierścionków) na tyle, że nie poświęciłam uwagi na czytanie etykiety ze składem. Z włóczki tej powstała pierwotnie tunika, ewokująca po wstępnym praniu w luźną sukienkę do kolan, którą miałam na sobie dokładnie jeden raz, gdyż kiecek tendencyjnie nie noszę, tym bardziej prześwitujących pod które trzeba by podszewkę wszyć czy halkę założyć. I tak sobie tuniko-sukienka leżała zapomniana głęboko półce do czasu, aż zapragnęłam dziergać z jaśniejszego koloru. Już miałam beżową czy jasnoszarą włóczkę kupować, gdy mi się w oczy, przy wyjmowaniu zimowych swetrów, rzucił ten zapomniany udzierg. Sprułam bez chwili wahania.
Zaczęłam dziergać kardigano-płaszczyk z plecionkami, trochę celtycki a trochę wschodni, taki jak mi się przyśnił któreś nocy po wcześniejszym oglądaniu tego typu swetrów na ravelry. Jakież było moje zdziwienie gdy po pierwszym wieczorze z drutami i tą włóczką moje dłonie były całe swędzące i pokryte pokrzywką - ta (niecenzuralny przymiotnik) wełna! Niczego podobnego nie przypominałam sobie jednak ze wcześniejszych kontaktów z tą włóczką, a nie było mowy o pomyłce, znalazłam etykietę na ostatnim zachomikowanym w pudłach motku. Okazało się że skład to aż 50% wełny w akrylu! Wyjaśnieniem braku przykrych doświadczeń, było to, że uprzednio dziergałam w czasie pylenia traw, drzew czy zbóż oraz kwitnienia kwiatów wszelakich a tym samym byłam bezustannie pod działaniem tabletek antyhistaminowych, więc sierść owcy (kota i świnki morskiej też ale ich nie przerabiam na drutach) była mi nie straszna. Zimą gdy nic, oprócz kurzu, smogu i okazjonalnych płatków śniegu nie unosi się w powietrzu, alergia mnie dopadła. Nie zamierzałam jednak zrezygnować z mojego planu produkcyjnego swetra wyśnionego. Ostatecznie kardigany nosi się na coś i kontakt ze skórą będzie znikomy, a samo dzierganie cóż... Wygrzebałam "leki antywiosenne", poszukałam też profilaktycznie rękawiczek do farbowania włosów i tak zabezpieczona przestałam się przejmować materiałem który przerabiam, nie będzie mnie żadna owca sabotować! 
Płaszczyko-kardigan powstawał, może nie w bólach ale z utrudnieniami i przerwami, przez cały grudzień, zamknęłam oczka, namoczyłam i rozłożyłam do schnięcia na płasko (żeby się przypadkiem nie zrobił do połowy łydek z rękawami do kolan) w sylwestra. A na zdjęcia naludziowe odbyły się już w tym roku. Pogoda nie chciała współpracować (albo było za ciemno na ścianę, albo za zimno na plener) tym samym ich jakoś jest nienajlepsza.
Oto rezultat moich zmagań z owczą sierścią z którego jestem niesamowicie zadowolona ;)








A teraz nareszcie informacje techniczne ;) 
Pomysł mój wyśniony. Druty 5. Włóczka Opus Polo (200m/100g) kolor jasno beżowy 805, zużycie na rozmiar 36/38 (i długość póki co około metra) prawie 600 gram, została się kuleczka wielkości mandarynki.
Robiony od plecionego szalika, od góry w rzędach bezszwowo klasyczną metodą contiguous Susie Myers. I to jest jedyna rzecz, którą bym w nim zmieniła, nie wiem co mnie napadło żeby zrezygnować z reglanu, czy też sprawdzonej modyfikacji C-metod, na rzecz wypróbowania sposobu, którym dotąd nie dziergałam. Te opadające ramiona mnie irytują, chociaz ponoć są modne, górę trzeba przez to wywijać żeby się lepiej układało... Nie sprułam tylko dlatego że zanim przymierzyłam miałam już wydziergane półtora rękawa i plecy do ozdobnego motywu taliującego. Tak się mści moje nie przymierzanie udziergów w trakcie dziergania, z nierobieniem próbek sobie bezproblemowo radzę. Na szczęście wzór ma bardzo ładną drugą stronę, co widać na ostatnim ze zdjęć powyżej, dzięki czemu wywijanie kołnierza w niczym nie ujmuje całości uroku. 
Szalik/plisa to 29 oczek, przerobione 5 powtórzeń prostego plecionego motywu po czym nabranie oczek wzdłuż brzegu i podział 29-1-34-1-29, 15 razy dodane oczka na kształtowanie ramion (30 rzędów! stąd to nieszczęsne opadanie) do 43-2-64-2-43, podkroje z 9 oczek, na rękawy 46 oczek. Całość ma kształt A, zamiast taliowania i w celu dekoracyjnym, jest wariacja na temat podstawowej plecionki, podobnie jak na karku. Od pach jest poszerzany z przodu tuż przy szaliku/plisie o jedno oczko z każdej strony co powtórzenie motywu, z tyłu jest poszerzany na środku od wzoru w dół też co 12 rzędów czyli co motyw. Na dole przed plecionką jest 200 oczek, dodałam 46 (po dwa na każde krzyżowanie) żeby wzór nie ściągnął wykończenia. Rękawy na dole mają 48 oczek aby się pełen motyw mieścił na mankietach, a na ich długości zamiast "warkoczyka" z sześciu pasków jak na plisie/szaliku jest zaplatanie z czterech. Wykończone przed zamknięciem rzędem łańcuszka na lewych oczkach. Z boku plisy/szalika pierwsze dwa oczka zawsze krzyżowane. 
Sweterek ma kieszenie robione na drugim komplecie drutów w trakcie dziergania dołu na oczkach nabranych z przekręconych narzutów. Kieszenie mają otwory nie od góry ale z boku, tak mi się bardziej podobało, przez co widoczna jest niestety ich boczna krawędź. Zrobienie jej kompletnie niewidocznej wymagało by ode mnie nieco więcej ekwilibrystyki, jeszcze jednego kompletu drutów w tym rozmiarze i dziergania symultanicznego w rzędach obu kieszeni i dołu, a to wykracza poza moje zasoby sprzętowe oraz przekracza posiadane pokłady cierpliwości, słowem uznałam że nie warto dążyć do perfekcji na siłę. A i tak kieszonki zajęły mi sporo czasu w trakcie dziergania swetra, mimo swojej stosunkowo nie wielkiej powierzchni walczyłam z nimi, z przerwami, przez tydzień. Każda kieszeń zaczęta jest od 21 oczek skończona 24 tuż przed ozdobnym wykończeniem, długa na 3.5 motywu z czego 1.5 motywu na otwór którego krawędź to też dwa krzyżowane oczka. 
Zamiast guzika jest krótki sznureczek i-cordowy z 3 oczek, który można przeciągnąć przez luźny splot w dowolnym miejscu, być może dorobię z resztki włóczki dłuższy sznur żeby móc się lepiej zapinać ;) 

Tak wygląda kardigano-płaszcz nazwany na potrzeby ravelry Aslaug (takie skojarzenie z Wikingami - serialowo irytująca postać, według sag piękna mądra i dumna księżniczka, żona Ragnara i matka jego synów, przez którą się rozszedł z Lagerthą - zupełnie jak ta włóczka irytująca mimo że o fajnym kolorze i  na poły naturalna. Nigdy nie zrozumiem zachwytu dziewiarskiego nad wełną!) w całej okazałości a'la płaszczka


Zbliżenie na nieidealną kieszeń


I jeszcze do kompletu kardigano-płaszcz na wieszaku


I tak to już koniec tego długiego wpisu, mam nadzieję że dało się przez niego przebrnąć bez ziewania. Następnym razem będzie krócej ;)

Pozdrawiam cieplutko ;) zostawiam Was z klimatyczną muzyką islandzkiego zespołu Sólstafir  i genialnym teledyskiem